piątek, 16 sierpnia 2013

Kiedy znów będę mały

Moi turyści to izraelska para z trzema synami. Dwóch służy w wojsku. Trzeci wkrótce rozpocznie studia. Ona – wysoka blondynka – przyjechała do Polski specjalnie po to, aby odwiedzić rodzinne miasto swojego ojca. On – śniady brunet – wyjaśnia, że jest z Iraku, ale bardzo interesuje go historia Europy. Udajemy się na standardowy spacer śladami bohaterów getta. Małżeństwo z uwagą słucha historii Anielewicza i Edelmana. Synom trudno się skupić. Rozmawiają między sobą i rodzice co chwila muszą ich uciszać tak, jak ucisza się niesforne dzieciaki.

W Muzeum Historii Żydów Polskich turyści zwiedzają wystawę czasową „Listy do tych, co daleko”. Czarno-białe filmy z międzywojnia są oryginalną pocztówką wysłaną z przeszłości. Pokazują życie żydowskie w dużych polskich miastach i w małych miasteczkach zwanych wówczas sztetl. Z ekranów patrzą na nas uśmiechnięte dzieci zaciekawione kamerą. Ile z nich przeżyje nadchodzącą wojnę?

Po wizycie w Muzeum postanawiamy zobaczyć sierociniec przy ul. Jaktorowskiej. Miejsce to rzadko odwiedzają zagraniczni goście. Tymczasem jest ono związane ze znaną na całym świecie postacią Janusza Korczaka. Moja turystka z zawodu jest nauczycielką, o Korczaku dużo czytała i koniecznie chce zobaczyć Dom Sierot, który on założył 101 lat temu.

Budynek przy ul. Jaktorowskiej cudem przetrwał wojnę. Kiedy w 2012 r. Polska obchodziła rok Janusza Korczaka, został gruntownie wyremontowany. Na dziedzińcu wita nas popiersie Dobrego Doktora. Obok dostrzegamy plac zabaw. Widać, że gmach nadal służy jako dom dziecka. Turyści pytają, czy można wejść do środka. Okazuje się, że wewnątrz mieści się Ośrodek Badań i Dokumentacji „Korczakianum” . Niedawno otwarto tam ekspozycję na temat założyciela Domu Sierot. Ochroniarz uprzejmie otwiera nam drzwi do sali, w której mieści się wystawa. Jednocześnie pojawia się pracownica „Korczakianium”, z którą miałam przyjemność niedawno studiować i współprowadzić warsztaty dla młodzieży.

Od razu zagaduje moich turystów po hebrajsku. Są zaskoczeni, słysząc ojczystą mowę w Warszawie. –Gdzie się Pani nauczyła naszego języka? – Tutaj, w Polsce. Na Uniwersytecie Warszawskim. Miła rozmowa rekompensuje turystom fakt, że wystawa o Korczaku została przygotowana tylko w języku polskim. Ponadto, z uwagą oglądają zdjęcia. Ich wzrok zatrzymuje się na fotografii przedstawiającej dzieci z Domu Sierot przy obiedzie. Bez trudu rozpoznajemy jadalnię w dzisiejszej sali wystaw. Jak głośno i wesoło musiało być tu wtedy, gdy setka dzieci brzęczała sztućcami, opowiadając sobie, jak było w szkole i planując, w co będzie grać po południu…

Na jednej z plansz wystawowych odnajduję fotografię małego Henryka Goldschmidta, znanego później jako Janusz Korczak. Chłopiec siedzi na stołeczku wyprostowany, uczesany elegancko i ubrany w garniturek z białym kołnierzem. – Myślałam, że jako dziecko był bardzo biedny – mówi moja turystka. – Ojca stracił jako nastolatek – wyjaśniam – To wpłynęło na całe jego życie. Musiał podjąć pracę, by pomóc matce w utrzymaniu domu i dostać się na studia. Zaczynał od udzielania dzieciom korepetycji…

Wychodząc z budynku, mijamy dwie jasnowłose dziewczynki, które ze śmiechem biegają po korytarzu. Przypominają mi się słowa Janusza Korczaka: Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat…

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza